DragonflyChair – jak wreszcie wróciłem do pisania
Od miesięcy nie mogłem wysiedzieć przy biurku dłużej niż dwadzieścia–trzydzieści minut. Nowy dom, nowe meble, nowe krzesło, które dostałem wraz z wynajmem. Wydawało się wygodne. Miękkie. Stabilne. Miało regulowane oparcie, podłokietniki, solidną podstawę. Wszystko wyglądało tak, jak powinno wyglądać krzesło do pracy. A jednak po pół godzinie plecy zaczynały protestować, biodra sztywniały, koncentracja znikała. Najpierw pojawiało się lekkie napięcie w dolnej części kręgosłupa, potem uczucie ciężaru w biodrach, a w końcu jakaś dziwna, rozproszona irytacja, która uniemożliwiała dalsze skupienie. Wstawałem, krążyłem po pokoju, siadałem na kanapie – byle nie na tym krześle. Pisanie, które było dla mnie naturalne i potrzebne jak oddychanie, stawało się walką. Więc zrobiłem sobie wakacje.
Lubię siedzieć przy biurku. Lubię czuć pod dłońmi klawiaturę lub zeszyt, lubię rytm pracy, gdy zdania układają się same, a świat na zewnątrz przestaje istnieć. Lubię te długie, nieprzerwane sesje, w których tekst rośnie warstwa po warstwie, a ja gubię poczucie czasu. Tyle, że ciało odmawiało współpracy. Każda sesja kończyła się frustracją i poczuciem, że tracę coś ważnego. Że pomysły, które pojawiały się rano, rozpływały się, zanim zdążyłem je zapisać. Że te rzeczy, które nosiłem w głowie, nie mogły znaleźć drogi na papier czy do dokumentu Google, bo ja nie mogłem znaleźć pozycji, w której dałoby się wytrwać dłużej niż pół godziny.
Nic nie działało na dłużej. Albo bolący kręgosłup, albo zdrętwiałe nogi, albo po prostu niemożność utrzymania skupienia, bo ciało nieustannie domagało się zmiany. W domku na wsi, który miał być miejscem spokojnej pracy, czułem się uwięziony.
Wspomniałem o tym problemie koledze po fachu – Mateuszowi z biohaker.pl. Znamy się od lat, obaj spędzamy długie godziny przy biurku, on od dawna eksperymentuje z różnymi rozwiązaniami, które mają chronić ciało przed skutkami siedzącego trybu życia. To właśnie on polecił mi DragonflyChair. Przeczytałem jego artykuł, konkretny, szczery, oparty na osobistym doświadczeniu, jak sam testował to krzesło i jak zmieniło się jego podejście do siedzenia, jak zniknęły dolegliwości, z którymi wcześniej walczył. Po lekturze i krótkiej konsultacji z Mateuszem zdecydowałem się.
Zamówiłem DragonflyChair już z odrobiną nadziei i z poczuciem, że ktoś, kto zna podobne problemy, przetestował to na własnej skórze i uznał za warte polecenia. Gdy krzesło przyszło, po paru minutach było złożone, gdyż montaż był najmniej wymagającym montażem w mojej karierze. Krzesło wyglądało dziwnie. Niskie, z charakterystycznym kształtem siedziska, które bardziej przypominało coś pomiędzy stołkiem a platformą do siedzenia na podłodze niż tradycyjne krzesło biurowe. Pierwsze wrażenie było mieszane. Siadłem. I poczułem, że to nie jest komfort, do którego przywykłem.
Pierwszy dzień też był dziwny. Siedzenie na tym krześle nie przypomina niczego, do czego byłem przyzwyczajony. Nie ma tu zapadania się w siedzisko. Nie ma poczucia, że ktoś Cię trzyma. Jest za to ciągły, subtelny ruch. Na początku siadałem klasycznie – stopy na podłodze, plecy proste. Po kilkunastu minutach jedna noga sama wędrowała do góry i układała się pod drugą, prawie jak w pozycji tureckiej. Potem druga noga dołączała. Siedzenie po turecku na DragonflyChair okazało się zaskakująco wygodne. Miednica mogła się lekko kołysać, a ja wciąż miałem swobodny dostęp do klawiatury. Po kolejnym kwadransie jedna noga zsuwała się na bok, a druga zostawała podwinięta. Czasem klęczałem na jednym kolanie, opierając drugą stopę o podłogę, jakby przygotowując się do wstania – tylko że nie wstawałem. Zostawałem. I pisałem dalej.
Innym razem łapałem się na tym, że siedzę z nogami szeroko rozstawionymi, prawie w przykucu, a tułów lekko pochylony do przodu. Albo, że jedna noga jest wyciągnięta do tyłu, a druga zgięta pod siedziskiem. Albo, że obie stopy stoją na podłodze, ale kolana są mocno zgięte, a miednica wysunięta do przodu, jakby ciało szukało maksymalnego otwarcia bioder. Te zmiany działy się same. Nie planowałem ich. Nie myślałem: „teraz zmienię pozycję”. Po prostu w pewnym momencie zauważałem, że już siedzę inaczej. A tekst wciąż płynął.
Na początku miałem wrażenie, że zamiast pisać, zajmuję się wyłącznie zmienianiem pozycji. Po kilku dniach – naturalne. Po tygodniu – prawie niewidoczne. Ciało zaczęło traktować te przejścia jak oddychanie. Jedna pozycja przechodziła w drugą płynnie, bez przerwy w pisaniu. Czasem przez godzinę siedziałem po turecku, potem na chwilę opuszczałem nogi, potem znowu je podwijałem, a potem klęczałem. Za każdym razem biodra dostawały inny bodziec, miednica pracowała w innym zakresie, a mięśnie stabilizujące pracowały bez przerwy – ale tak delikatnie, że prawie tego nie czułem.
A potem stało się coś, czego się nie spodziewałem.
Zacząłem siedzieć dłużej. Najpierw godzinę. Potem dwie. Potem trzy, cztery. Bez bólu. Bez konieczności wstawania co dwadzieścia minut. Bez tego znajomego uczucia, że kręgosłup zaraz się zbuntuje. Pisząc, nie myślę już o ciele. Ono po prostu pracuje razem ze mną – delikatnie, nieustannie, w tle. Miednica się rusza, biodra pracują, mięśnie głębokie utrzymują postawę. A ja piszę. Czasami łapię się na tym, że minęły trzy godziny, a ja nawet nie zauważyłem, kiedy zmieniłem pozycję z tureckiej na klęczącą, a potem znowu na coś innego. Ciało robi to samo, bez udziału świadomości. I właśnie to jest najważniejsze: świadomość może wreszcie zająć się tekstem, a nie walką z dyskomfortem.
To swoboda. Możliwość bycia w ruchu nawet wtedy, gdy siedzisz. Możliwość trwania przy pracy tak długo, jak długo praca tego wymaga. Nie ma już tej wewnętrznej walki. Nie ma liczenia minut. Nie ma momentu, w którym myślę: „jeszcze pięć minut i muszę wstać, bo zaraz bolą mnie plecy”. Jest tylko praca. I ciało, które wreszcie nie przeszkadza.
Dziś, po kilku tygodniach, DragonflyChair stał się częścią mojej rutyny. Siadam, otwieram dokument – i świat się zawęża do słów. Czasami rano, gdy dopiero zaczyna robić się widno, siadam i piszę pierwsze zdania dnia. Zaczynam zwykle klasycznie, stopy na podłodze. Po chwili jedna noga wędruje do góry. Potem druga. Potem pozycja się zmienia znowu. Czasami wieczorem, gdy dom już śpi, wracam do rozdziału, który wcześniej utknął. Siedzę wtedy dłużej, czasem nawet cztery–pięć godzin, przechodząc płynnie przez kolejne ułożenia: tureckie, klęczące, z jedną nogą wyciągniętą, z miednicą wysuniętą do przodu. I za każdym razem, gdy kończę, czuję nie ulgę, że wreszcie mogę wstać, tylko spokojne zadowolenie, że mogłem zostać tak długo, jak chciałem.
Wróciłem do pisania. I zostaję.
Nie dlatego, że DragonflyChair jest najwygodniejszym krzesłem, jakie kiedykolwiek miałem. Dlatego, że wreszcie pozwala mi być pisarzem w pełnym tego słowa znaczeniu – kimś, kto może siedzieć i pisać tak długo, jak długo historia tego potrzebuje. A to, po miesiącach frustracji i jednej rozmowie z Mateuszem, znaczy więcej niż jakikolwiek tradycyjny komfort.
Nie mam swojego kodu, artykuł został stworzony żeby podać to dobro dalej. Jeśli chcesz to proszę użyj kodu Mateusza BIOHAKER, to dzięki niemu czytasz ten artykuł.
